Artykuł

W pomarańczowej matni, czyli jak to z Orange było

Rzecz o reklamacji! Przestał działać mój telefon stacjonarny i powiązany z nim Internet. Podobnie jest u sąsiadów. Zgłaszam problem ja, zgłaszają sąsiedzi. Otrzymujemy informację, że naprawa będzie trwać do 72 godzin.

Tydzień 1  Przestał działać mój telefon stacjonarny i powiązany z nim Internet. Podobnie jest u sąsiadów. Zgłaszam problem ja, zgłaszają sąsiedzi. Otrzymujemy informację, że naprawa będzie trwać do  72 godzin. Po dwu dobach udaję się do Salonu (!) – już przecież nie mówi się sklep, tylko "Salon"  – Orange przy ul. Piłsudskiego w Krakowie z pytaniem, czy zdążą uporać się z awarią przed weekendem. Mówią, że mamy czekać na ich pracowników w piątek ok. godz. 11. Więc czekam. Na darmo. Nikt się nie pojawił, nikt nie informuje, że nici z naprawy.

Tydzień 2

W poniedziałek znów idę do "Salonu". Dowiaduję się, że awaria jest poważna i naprawa może się przeciągnąć do listopada. Proszę o numer Działu Reklamacji, gdzie całkiem na poważnie informują mnie, że jedyne, co mogą mi zaoferować to rekompensata z tytułu przerwy w dostępie do telefonu i Internetu ale mogę się o nią starać dopiero po usunięciu awarii, czyli nieprędko. Tłumaczę, że kandyduję do Sejmu i w czasie kampanii wyborczej po prostu muszę mieć Internet, nie tylko w smartfonie. W końcu pani, z którą rozmawiam proponuje mi abym pobrał Internet mobilny, zapłacił 9 zł. za kartę startową a koszt eksploatacji do czasu usunięcia awarii poniesie Orange. Propozycja logiczna, skoro mam umowę z Orange  na dwa lata. Oferta wydaje mi się racjonalna i uczciwa wobec wiernego klienta.

Uspokojony zmierzam znów do Salonu Orange, gdzie konsultant stwierdza, że nie ma takiej możliwości. Nie ma i już. Proszę o rozmowę z kierowniczką i tłumaczę, że oferta padła podczas rozmowy z ich Działem Reklamacji, gdzie "wszystkie rozmowy są nagrywane". Tak przynajmniej twierdzi automat łączący. Może i są nagrywane ale po ofercie zastępczej dla mnie śladu nie ma. Wyparowała. Kierowniczka Salonu każe mi czekać na usunięcie awarii. Pracownicy Orange mówią, że naprawa może potrwać i dwa miesiące. Trudno, mówię. Proszę zatem sprzedać mi Internet mobilny na najbliższe dwa miesiące. – "Nie możemy na 2 miesiące. Musi pan kupić na minimum kilkanaście miesięcy" – oświadcza kierowniczka. Ależ ja już mam z Orange dwuletnią umowę na Internet i z tej umowy Orange się nie wywiązuje – odpowiadam.  W tej sytuacji proszę o rozwiązanie umowy istniejącej, bym mógł zmienić sposób dostarczania sygnału. "Niestety, rozwiązanie umowy nie jest możliwe. – mówi kierowniczka  Musi pan napisać wniosek i czekać na odpowiedź. Co najmniej 2 tygodnie. " Jednym słowem albo przez kolejne tygodnie nie będę miał Internetu albo przez 2 lata będę płacić podwójnie za to samo. To się nazywa postawić człowieka pod ścianą.

Tydzień 3

Znajomy mówi, że Orange ma tyle reklamacji, że aż zmuszeni byli powołać Rzecznika Praw Konsumentów i radzi by się z nim kontaktować. Udaję się po raz dziesiąty do Salonu przy ul. Piłsudskiego w Krakowie i proszę o numertelefonu Rzecznika. Pani kierownik z kamienną twarzą odpowiada, że takiej instytucji Orange nie posiada. Zdezorientowany wychodzę i sam w telefonie przeczesuję strony internetowe. Oczywiście, że jest Rzecznik, tyle, że figuruje jako Rzecznik Praw Klienta. Wracam do Salonu by gorzko zapytać panią kierowniczkę dlaczego  wprowadza klientów w błąd. "Jaki błąd? Przecież pan nie pytał o rzecznika praw klienta tylko konsumenta, a takiego w Orange nie ma."

Patrzę pani kierowniczce  w oczy i widzę, że nawet jej powieka nie drgnie. Już nie czekam na żadne wyjaśnienia, tylko wychodzę z pomarańczowej pajęczyny. Byle dalej.


Źródło: Onet.pl, 7 października 2015 r.